Aktualności

07.01.2010 | Małe podsumowanie...

A kuku wszystkim. Nareszcie dodarłem do Nowej Zelandii po 25 dniach i 3 tys mil żeglugi... Było, minęło i już 3 dni jak odpoczywam i odzyskuję siły. Najwyższy czas żebym Wam opowiedział jak tu dotarłem...

Sobota, 19 grudnia 2009 godzina 02:48

Po wypłynięciu z Tahiti ocean pokazał mi swoje prawdziwe kolorki. Stały wiatr około 30 węzłów /tj ok. 55 km na godz/  w porywach do 40 węzłów /tj ok. 72 km na godz/ i woda spieniona. Nie pozostawało nic innego jak zredukować powierzchnię żagli. Ale i tak pędziłem jak kula goniona wiatrem i falami co było nawet przyjemne. Pierwszą noc spędziłem w bryzgach wody i szumie wiatru który gwizdał mi do snu. Można powiedzieć po polsku że piź... nieźle. I tak przez 3 dni. Ale w sumie to nawet i dobrze  bo pędziłem do celu...

Czym bardziej jednak schodziłem na południe, tym bardziej wiatr skręcał, aż w pewnym momencie zaczął wiać prosto w twarz. I w końcu doszło do tego, że wiało dokładnie w dziób jachtu  /wszystkim którzy nie wiedzą co to znaczy dla żeglarza, wyjaśniam że nie da się żeglować prosto pod wiatr/.  To oznacza, że żaden żagiel nie pomoże jak wiatr wieje w nos i trzeba halsować czyli jak to my nazywamy „pokazywać wiatru boki”. Wyjaśnię to bliżej: żeby płynąć na południe,  kiedy wiatr wieje idealnie z południa czyli z kierunku 180 stopni na kompasie, muszę ustawić się maksymalnie /w przypadku mojego jachtu/ 30 stopni w bok od linii żeglugi. To znaczy albo kurs na 210 stopni albo na 150 stopni. Czyli żeby płynąć na południe gdy wiatr wieje z południa muszę płynąć trochę na południowo-południowy zachód a później na południowo-południowy wschód, później znowu na południowo-południowy zachód i tak zygzakiem aż do celu. Jak nie rozumiecie, przeczytajcie to jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz, tak jak ja żeglowałem....

Muszę też wyjaśnić, że żeby utrzymać kurs 30 stopni najlepiej jest gdy morze nie jest wzburzone i wiaterek niczym zefirek. A ja miałem wiatr gigant i góry fal. Rzucało jachtem tak że chwilami ustawiał się na 60 stopni do wiatru, co my nazywamy półwiatrem....Problem w tym że jacht jest wtedy bokiem do fal i gwałtownie kołysze się z boku na bok /co przypomina zwariowaną kołyskę/ a co jeszcze gorsze że jacht jest na styku fal i wiatru z przeciwnych kierunków... To zdarzyło mi się 2 razy i jacht dosłownie położył się na boku jak do snu ale sam podniósł się... I tak kołysało mnie ze dwa tygodnie w czasie których setki razy zmieniałem kurs. Jeden hals w lewo, jeden w prawo, znowu w lewo, potem w prawo, i w lewo, i w prawo....Czym więcej dni mijało, tym bardziej zbliżałem się do Nowej Zelandii i tym bardziej myślałem że nigdy nie dotrę...A w dodatku z każdym dniem ubywało wiatru.. I jak wam mówię że ubywało wiatru, to naprawdę ubywało. W końcu cisza. Ocean na urlopie a ja razem z nim. Zrzuciłem wszystkie żagle i położyłem się spać.

To trwało całe 3 dni. Przynajmniej się wyspałem  I wreszcie jednej nocy obudził mnie powiew wiatru przez otwarty bulaj /okienko w kajucie/. Skoczyłem natychmiast na pokład aby postawić wszystkie żagle. Tym bardziej super bo wiatr wiał w dobrym kierunku. Zacząłem spokojnie płynąć, ale trwało to dosłownie chwilkę. Bernadetta, moja kochana Miss meteo wysłała mi właśnie najnowszą prognozę pogody na najbliższe dni. Fatalnie !!! A to co usłyszałem przez radio było jeszcze gorsze. W dodatku przez satelitę Iridium znad Nowej Zelandii też dostałem potwierdzenie że wczorajsze 5 minut szczęścia  minęło bezpowrotnie. No nieźle...Tego można było się spodziewać, tym bardziej że zostało mi jakieś 150 mil /czyli około 250 km/ od Nowej Zelandii.

Zaczęło się od tego, że barometr gwałtownie spadł w dół /do 985 hektopaskali/. Zaraz po tym wiatr zaczął przybierać na sile. Na razie wiało 30 węzłów ale w dobrym kierunku. Ale z każdą minutą wiatr przybierał na sile i ocean zaczynał chorobę. Nadeszła noc i postawiłem żagle sztormowe. Najpierw wymieniłem największy żagiel, później genuę /żagiel przedni/ a drugiego foka zwinąłem całkowicie. Drugi fok ma 15 metrów kwadratowych powierzchni i używam go do ostatniej chwili zanim nie postawię żagla sztormowego /trójkąt o powierzchni 6 metrów kwadratowych/. Łatwo powiedzieć że postawiłem żagle sztormowe. Ostatnim razem kiedy były używane to jeszcze wtedy jak płynęliśmy razem z Benem. Nasz pierwszy rejs Wingerem z Mathieu, Amandine i Amelie na pokładzie. Od tamtej pory żagle te nie były używane, a tym bardziej o 4 godzinie nad ranem. Zatem żeby je postawić przygotowałem się jak na wojnę. Buty gumowe, nieprzemakalny skafander, kaptur, latarka na głowie i po raz pierwszy od kiedy płynę szelki z pasem bezpieczeństwa przypiętym do liny. Gdy wyszedłem z kajuty ujrzałem niesamowity widok. Jest pełna noc ale ogromne fale są widoczne... Właśnie jedna leciała na jacht, uniosła go w górę i cisnęła natychmiast w czarną dziurę. Niezła motywacja aby pospacerować na dziób jachtu, zwinąć drugiego foka i postawić sztormowy trójkącik. Lodowata woda zdążyła mi umyć twarz jak nigdy. Nie wiem ile minęło czasu zanim uporałem się z drugim fokiem... a w tym czasie wiatr doszedł do szybkości ponad 50 węzłów. Nie muszę Wam opisywać jaka to przyjemność. Szybko odnalazłem żagiel sztormowy ale jego postawienie okazało się nie takie łatwe. Jak wspomniałem, stawiałem już go razem z Benem, ale było to tylko raz w pobliżu portu Camargue /Morze Śródziemne/ na spokojnym morzu, ale nie przy takim sztormie jak teraz. Ale raz kozie śmierć. Poza tym musiałem ustawić jacht na kursie 45 stopni w stosunku do fal. W tym celu należy ster ustawić w przeciwnym kierunku niż żagiel. Już tłumaczę o co chodzi. Otóż normalnie żeby płynąć do przodu gdy wiatr wieje z prawej strony, żagle są po lewej stronie i wydęte w lewo. To chyba jasne, no nie ?  Czyli żeby ustawić żagle przeciwko wiatrowi trzeba je przepchnąć na lewą stronę jeżeli wiatr wieje z lewej. To powoduje że jacht pozostaje na kursie 45 stopni w stosunku do fal co przestaje go niebezpiecznie kołysać i sprawia wrażenie ciszy wokół jachtu. To jest może trudne do zrozumienia ale zapewniam Was że ratuje życie. Do rana trwał szalony spektakl. Fale jakich w życiu nie widziałem, prawdziwe szalejące zjawy,  zapierające dech w piersiach i odlatujące z ogromną szybkością. Teatr którego nie zobaczycie w rzeczywistości a jednak istniejący i hipnotyzujący. /Już po wszystkim meteorolodzy potwierdzili że poziom wody w tym regionie zmieniał się o 15 metrów powyżej i poniżej zera/. No i tak było przez prawie 24 godziny a od czasu do czasu te monstrualne fale całkowicie przykrywały jacht. Najsmutniejsze że nie ma ani chwili przyjemnej, ręce mdleją od trzymania się czegokolwiek i stałego manewrowania, jest przejmujące zimno i mokro od stóp do głowy.. Fale spychały mnie na północ i tylko chwilowo żagle sztormowe ustawiały mnie w dobrym kierunku. I właśnie w takiej chwili zadzwonił mój tata i wydawało mi się że się popłaczę. Nie dlatego żebym się bał, ale po pierwsze poczułem się potwornie zmęczony i usłyszałem domowy spokój, strzelający ogień z kominka a tu ja w sytuacji której nie można nawet nazwać. To tak jakby jedna kula zrobiła mi dwie dziury...

Ale trzeciego dnia słońce wzięło mnie w swoje ramiona.  Wiatr uspokoił się, fale zmalały i obrałem właściwy kurs na Nową Zelandię. Wczesnym porankiem ujrzałem ląd. I ponownie telefon od ojca i brata a tuż obok jachtu pojawiły się delfiny witające mnie radośnie i tańczące przed dziobem.

Ostatni dzień żeglugi okazał się jednak też trudny. Byłem jakieś 20 kilometrów od lądu ale za  daleko na północ od jakiegokolwiek portu, czyli pozostało mi prawie 100 kilometrów żeglugi wzdłuż brzegu. Pojawiło się kilka innych jachtów, które płynęły w tym samym kierunku co ja. I to było najprzyjemniejsze bo od 25 dni nie widziałem wokół żywej duszy, ani statku ani nawet samolotu. I te ostatnie 100 kilometrów przepłynąłem z wiatrem wiejącym z szybkością 25 węzłów prosto w nos, tak że 28 razy zmieniałem kurs żeby dotrzeć do celu.

Zawiadomiłem kapitanat portu że dopłynę około drugiej godziny rano /jak zawsze docieram do celu nocą.../, ale w rzeczywistości postawiłem nogę na lądzie aby założyć cumy o godzinie czwartej trzydzieści rano.

I tak oto minęły kolejne 25 dni. Przeskoczyłem kilka etapów z tego okresu aby Wam opowiedzieć tylko te ważniejsze ale uwierzcie mi że było ciężko a szczególnie ostatnie 5 dni. Chcę podziękować mojemu dzielnemu jachtowi który sprawował się doskonale podczas żeglugi i wynagrodziłem mu to pieszczotami, myciem w słodkiej wodzie, głaskaniem miękką gąbką.... Dziękuję też mojej Ciotce /Anna Kowalczyk/ która dzwoniła do mnie wiele razy, mojemu tacie, bratu, moim malutkim Lejli, Fredce i Julii, Sebastianowi Lamouret i mojej miss meteo Bernadetce która wysyłała mi co 2 dni prognozy pogody. Dziękuję też wszystkim którzy myślami byli ze mną i którzy wysyłali mi wzruszające majle. Wszystkich innych mam w nosie... Nie, nie, żartuję. Wam też dziękuję że zostawiacie mi trochę spokoju żebym mógł opłynąć ten świat.

Teraz jestem w Marsden Cove Marina /Marina to sieć portów na wszystkich kontynentach specjalnie dla żeglarzy. Wpis do księgi pobytu w Marinie jest dowodem płynięcia dookoła świata – przyp. tłumacza/, a jutro będę w Whangarei Marina gdzie przywita mnie wielkomiejski gwar i wygody. Naprawdę już stęskniłem się za kąpielą w miejskim zgiełku....

Ale jeszcze chcę Wam opowiedzieć o innych moich marzeniach. Największe nazywa się PRYSZNIC po dotarciu do celu i  PYSZNE  PIWKO zimne oczywiście. Myślę że rozumiecie mnie...Przetrzymałem Was trochę przy czytaniu ale jeżeli nie bardzo zrozumieliście techniczne sprawy to pytajcie....Ach jeszcze muszę dodać że Natasza /Polka która sama płynie dookoła świata/, którą poznałem i z którą spędziłem trochę czasu na koniec jej podróży, zamknęła już pętlę dookoła świata. Szczęśliwie dotarła na Hawaje skąd wypłynęła ponad dwa lata temu. Szacunek dla Wielkiej Damy... Już kończę opowieść o moim życiu i całuję wszystkich a szczególnie wszystkie ...!!!

Ach, jeszcze jedno. /jestem jak Kolombo z filmu/. Wiecie że na kuli ziemskiej jest południk Greenwich ? To linia która dzieli kulę na dwie części. Po jednej stronie jesteśmy na wschodzie a po drugiej na zachodzie. Paryż jest po stronie wschodniej. Tan południk przebiega przez angielskie miasteczko Greenwich i od nazwy miasta też tak się nazywa. Jak wypływaliśmy z portu Camargue byliśmy 3 stopnie na wschód od tego południka i czym dalej płynęliśmy na zachód tym bliżej byliśmy tego południka 0 stopni. Po jego minięciu znaleźliśmy się na zachodzie. I czym dalej na zachód tym bardziej zbliżamy się do domu który jest na wschodzie. Jak jeszcze podążacie za mną powiem jeszcze coś. Nie przerywajcie podróży i dotrzecie do przerwy w życiu...Na zachód od południka zerowego aż do południka 180 stopni to tak samo jak na wschód od południka zerowego do południka 180 stopni. Czyli razem w obu kierunkach daje 360 stopni, czyli dookoła świata ! Czy to nie jest cudowne !? To wszystko uświadamia mi że od czasu kiedy opuściłem dom w kierunku na zachód dotrę do niego od wschodu, albo mówiąc inaczej dotychczas oddalałem się od domu, a teraz z każdą milą jestem coraz bliżej. Jestem w takim razie bliżej Paryża o 12 godzin i dalej o 12 godzin od Paryża. Jestem przekonany że nic z tego nie rozumiecie i rzucam słowa na wiatr ale musiałem to napisać. Już kończę żebyście mogli powrócić do normalności i życzę Wam wszystkiego co najlepsze. Całuję. Jasiek

I jeszcze tylko jedno. Jeszcze coś co mnie poruszyło. Podczas żeglugi zwróciłem uwagę na dużą ilość wody która dostawała się do środka jachtu. Po dokładnym sprawdzeniu odkryłem morskiego robaka który zjadał najnormalniej w świecie mój jacht /a dokładnie jedną z drewnianych klepek kadłuba/... Ten robak wydrążył tunel w klepce i miałem szczęście że złapałem go i oczywiście wyrzuciłem za burtę, ale zanim go złapałem trwało to 5 godzin łącznie z zatkaniem dziury. Szczęśliwie zatkałem dziurę  i jak na razie nie ma dalszych śladów bestii. Ale myślę że trzeba będzie wyciągnąć jacht z wody i wymienić uszkodzoną klepkę lub nawet kilka klepek. Nie jest to takie pilne ale zobaczymy jak sobie poradzę jako szkutnik!! I zobaczcie też zdjęcia które zrobiłem. A na nich......

     

Więcej zdjęć w galerii...

Copyright © 2009 Multimedia Design. Content copyright: Jasiek Kowalczyk, Andrzej Kowalczyk.
Puawy online Twoje Radio Puawy Polacy.fr